Zakładki:
For fun
Przyjazne fengszui
To czytam
Tu bywam
|
środa, 29 grudnia 2010
Hammurabi musi wrócić
W obecnych „cywilizowanych” czasach obrońcy praw różnych pewnie ponieśliby larum, gdyby ktoś próbował wrócić do praw ustanowionych ładnych parę lat temu przez króla Babilonu. Krzyczeliby, że okrutne, że drastyczne, że nieludzkie, i jeszcze parę argumentów by znaleźli. Ja natomiast coraz bardziej się skłaniam do stwierdzenia, że jednak prawo „oko za oko, ząb za ząb” ma głęboki sens. Ktoś kto na własnej skórze doświadczyłby krzywdy, jaką wyrządził komuś innemu, raczej by się później dwa razy zastanowił, niż znowu próbował.
Mam tu na myśli szczególnie ludzi znęcających się nad zwierzętami. W sieci znów krążył „zabawny” filmik o dziecku znęcającym się nad kotem. (tu nie karałbym dziecka, bo ono nie rozumiało tak naprawdę swojego postępowania, tylko ta osobę, która pozwoliła i wręcz namawiała do określonego zachowania) Jakby takim chujem złamanym rzucić parę razy o ścianę i zakręcić młynka trzymając za fiuta, to może by zrozumiał, na jakie cierpienie naraził bezbronne zwierzę.
Wiem, pewnie niektórzy nie zrozumieliby i tak, ale może groźba takiej kary byłaby skuteczniejsza, niż marne dwa lata więzienia, często w zawieszeniu, które obowiązują dziś.
piątek, 03 grudnia 2010
Ślepa kura
Wczoraj skończyła mi się przejazdówka, a dziś proszę bardzo – wyborny zrobił prezent i po Kozim Grodzie jeździmy za darmo. Niby ze względu na zimę, żeby więcej osób z samochodu przesiadło się do autobusu. Jasne, „a jedzie mi tu czołg?”;)) Z drugiej strony, czy to ważne, jakie są powody? Ważne, że zaoszczędzę 5,40, a to nie bagatelna kwota w moim napiętym ostatnio budżecie. Będę mogła za to kupić na przykład jedzenie dla kota. :) Moja dziura budżetowa powoli zamienia się w czarną dziurę, a jej centrum stanowi Złomek. Tym razem wysiadł akumulator. Niby miał prawo, ale dlaczego nie może być miesiąca, żebym ja nie musiała w niego władować co najmniej kilku stów? Jakoś nie mogę dojść z nim do porozumienia. I aż się boje, czym w końcu okażą się te wysokie obroty...
No trudno – zapamiętać na przyszłość – nie ma czegoś takiego jak używany samochód w dobrym stanie.
Jeszcze jedna rzecz mnie niepokoi i nie wiem jak mam to odbierać. Droga koleżanka zaczęła ze mną normalnie rozmawiać – nie Szitsu, ta jest na to za głupia – Dyktator. Wczoraj zagadała o prezenty mikołajkowe dla dzieci. Byłam w takim szoku, że nie bardzo wiedziałam jak z nią gadać. Chociaż już od mojego powrotu po urlopie zważyłam zmianę frontu z polarno-arktycznego na łagodniejszy. No nic poczekamy, zobaczymy. Chociaż zmiana może być trwała – przestałam stanowić zagrożenie – mam chłopa i dziecko, więc raczej nie rzucę się na jej męża. Durna, jakby swego czasu zapytała wprost to od razu bym jej powiedział, że owszem jej mąż jest moim kolegą i lubię go, ale ja to mogę się z nim najwyżej wódki napić a nie romansować. Bo taka była moi drodzy przyczyna całej tej jazdy, której byłam ofiarą. Mąż drogiej koleżanki i impreza, na której razem byliśmy. Nawet nie impreza to była, a ja zwinęłam się szybciej niż się zaczęło, ale jazda była.
Jak sobie pomyślę, że przez taką durnotę tyle się męczyłam, to aż mną trzęsie. Ale cóż zrobić. Można tylko zacytować fiszyzm – „było minęlo”...
wtorek, 30 listopada 2010
Dziunia i bezradni
Dzisiaj zaprzysięgają nowych bezradnych. I znowu będą się plątać i wymyślać. Chociaż nie wszyscy są nowi. Część się ostało, ale nie wiem czy akurat ta lepsza. No cóż, z nimi nie powinno być źle.
Gorzej z Dziunią. Dziunia to Dziunia Szefa. Przyszła na staż jak ja Muminka w brzuchu nosiłam i podobno Szef popadł nad nią w zachwyt. W zachwycie tym pozostał odosobniony, ale chyba nawet nie zauważył i Dziunia została jego osobistą asystentką, doprowadzając tym do zrozumiałej radości sekretarki. Dziunia jest z gatunku tych pustych jak dzbanek po mleku, ale za to z nogami pod sufit, zazwyczaj w pełni wyeksponowanymi. No to trzeba jej przyznać – wie jak kręcić tyłkiem i robi to doskonale. I mnie – nigdy, a już szczególnie teraz, nie posiadającej wzorowej figury lekka zazdrość zżera. Na szczęście jak sobie pomyślę o jej pustocie to mi przechodzi. Wolę mieć nadwagę na tyłku i pełno w głowie, niż chudą dupę i wiatr hulający pod sufitem. Nie mniej Dziunia jest irytująca. Na szczęście do mnie nie pała wielką sympatią. Jest miła, ale nie aż tak, żeby mnie uważać za przyjaciółkę na szczęście. Bo rozmów z nią bym nie zniosła. Ileż można gadać o ciuchach, dietach i takich tam? No i jej moherowe poglądy.... Przykład – jak mamusia przebiera chłopca za dziewczynkę, to rzeczony chłopiec na bank zostanie transwestytą, homoseksualistą, czy innym zboczeńcem... Podobno potwierdzili to naukowcy. Na pytanie jacy, nie odpowiedziała. Pozostawię to zatem bez komentarza. Warto jeszcze dodać, że Dziunia sroce spod ogona nie wypadła. Jest bowiem córunią mamuni, która swego czasu niezłego zamieszania we wsi narobiła. W nagrodę mamunia została przyjęta w poczet bezradnych.
Oj będzie się działo...
Jedyna nadzieja, że po niedzieli Szef pójdzie wyżej i zabierze ze sobą Dziunię.
A nadzieja jak wiadomo umiera ostatnia.
środa, 26 maja 2010
Mama Mi

Zostałam mamą już ponad cztery miesiące temu, a nadal czasami czuję się jak zielony krasnoludek w czerwonym lesie... Długo nie mogłam się do Muminka przyzwyczaić, ale w końcu się udało:) Kiedyś dziwiłam się, jak to możliwe, że kobiety tak łatwo wpadają w depresję. Teraz wiem, jak niewiele potrzeba, żeby rozsypać się w drzazgi. Na szczęście ma to już za sobą:)
A bycie mamą fajne jest, chociaż z boku może się wydawać trochę monotonne. Zadzwoniła do mnie koleżanka, z którą nie gadałam parę miesięcy. Po ponad pół godzinie opowiadania, co u niej, zapytała - "a co u ciebie?" - odpowiedziałam - "dobrze". Bo co właściwie mogłam jej powiedzieć? Ile kupek zrobił Muminek? Że znowu ryczał na spacerze? Że udało mu się przekręcić na boczek? Że opluł mnie marchewką? Bo poza tym, co dotyczy dziecka, niewiele się w moim życiu ostatnio dzieje ostatnio i przez jakiś czas pewnie tak pozostanie, ale chociaż może się wydawać monotonne, to zapewniam - na nudę stanowczo nie mam czasu:)
I wszystkim "nudzącym" się mamom życzę dzisiaj jak najwięcej pociechy z małych i dużych "nudziarzy";))
czwartek, 28 stycznia 2010
Muminek

No i jest mój Muminek:)
Urodził się 14 stycznia o 22.30. Lekarze musieli go niestety wyciągać siłą, tak bardzo nie chciał wydostać się na świat oponowany przez Białe Zmino, ale kiedy już się pojawił, to szybko się zadomowił. I powoli próbuje dominować w naszym małym trollowym stadzie. Na razie mu pozwalam, bo doszłam do wniosku, że na naukę dobrych nawyków będziemy mieli jeszcze baaardzo dużo czasu;) No i niestety ma po swojej stronie tatę, który trochę zwariował na jego punkcie, ale podobno wszyscy tatusiowie tak mają;)
czwartek, 29 października 2009
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Tydzień temu wyszedł z domu i nie wrócił kot rasy polskiej "dachowiec", w kolorze czaro-białym, z charakterystyczną kropką na nosie.
Zbierałam się i zbierałam, żeby zabrać kocury od siostry i kiedy już było postanowione, że ma je przywieźć Kropek zniknął. Mam nadzieję, że powodem tego zniknięcia była po kociemu rozumiana wolność, a nie samotna śmierć w zimnym i mokrym lesie.
Maruda była z niego straszna i czasem naprawdę potrafił wkurzyć, ale mam nadzieję, że wróci. Mimo wszystko...
wtorek, 20 października 2009
Kwalifikacje
Przyszła dzisiaj na rozmowę o zastępstwo za mnie dziewczyna. Młoda, zaraz po studiach. Miałam sprawdzić, jak sobie radzi z komputerem. No i niestety nie poradziła sobie. Ja wiem, że wymagania mam wysokie, ale naprawdę nie tym razem. Tylko, że dziewczyna nie potrafiła praktycznie nic – ani sformatować pisma, ani nawet numeracji wstawić. Nie mówiąc o tym, że o korespondencji seryjnej i bazach danych nigdy nie słyszała. A musiałaby pracować na open officie – jedynie słusznym programie w mojej firmie. No i niestety odpadła. Trochę podle się poczułam, ale nie wiem, jak by sobie poradziła na moim stanowisku, nie mając tak naprawdę pojęcia o komputerze – bo niestety zakupy na allegro i lansowanie się na naszej klasie nie wystarczy.
No jak można pisać w cv o znajomości MS office, a potem używać spacji, żeby zrobić wysunięcie, a na pytanie o excel robić wielkie oczy?
czwartek, 24 września 2009
Nowoczesność w domu i w zagrodzie
Szczęście mi zapadło na syndrom wicia gniazda i w związku z powyższym wylęgarnia od ponad miesiąca przeżywa kataklizm, a ja razem z nią. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dosyć ciągłego bałaganu, a jak ja mam dosyć, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze. Ale jakoś daję radę, bo dzięki uporowi Szczęścia wylęgarnia nabiera całkiem nowego wyglądu. A trzeba przyznać, że uporu i cierpliwości potrzeba mu bardzo dużo, bo chociaż w wylęgarni nawet podłoga w kuchni jest wygodna;), to ze ścianami gorzej i zwykłe malowanie może się przeciągać w nieskończoność. No ale Szczęście się uparł remontować, to teraz musi się męczyć. Ja nigdy nie myślałam o inwestowaniu w wylęgarnię, bo ona nie jest moja i nie wiadomo ile przyjdzie w niej mieszkać, ale jakoś mi się udzieliło to wicie gniazda i postanowiłam zainwestować w nowoczesność i nabyłam drogą kupna nową lodówkę i zmywarkę. Niby stara lodówka mogła jeszcze trochę posłużyć, ale szczerze mówiąc nie mogłam już na nią patrzeć. Poza tym zżerała prądu na wiadra i lodziła się niemiłosiernie. Nabyłam więc nową – trochę się bałam, że panowie zabierający starą lodówkę będą żądali pozwolenia od konserwatora zabytków, ale widocznie zapomnieli;) A zmywarkę nabyłam, bo o ile karmienie chłopa przychodzi mi w miarę bezboleśnie, to już zmywanie po karmieniu nie. No i potrafimy ze Szczęściem tyle statków przy zwykłym śniadaniu nabrudzić, że jak kiedyś zmywałam raz na trzy dni, tak teraz zmywam trzy razy dziennie;) I już nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będę mogła odpalić zmywarkę.
Tak sobie myślę, że Noble powinni dostawać w szczególności Ci, którzy wymyślają takie właśnie ułatwiające życie urządzenia:)
poniedziałek, 14 września 2009
Kolor łóżeczka
nadal nie wiem, jaki wybrać, bo dziecko mam wstydliwe i nie chciało pokazać, co tam ma lub nie ma między nóżkami. Szkoda, bo już chciałam wiedzieć, mieć jakąś tam pewność, a nie tylko intuicyjne podejrzenia. No ale mówi się trudno i maluje łóżeczko na kolor neutralny:)
A poza tym wszystko idzie zgodnie z procedurą. Ja czuję się wręcz rewelacyjnie. Gdyby nie rozpychający się w moim brzuchu ciut troll to w ogóle nie zauważyłabym, ze w jakiejś ciąży jestem:) Tyle tylko, że muszę mocno zwalniać pod górkę, ale w końcu to przypadłość wszystkich ciężarówek, w dodatku mało dokuczliwa.
Do pracy uczęszczam, bo jakoś nie chciało mi się już w domu siedzieć – w końcu wagarowałam przez całe wakacje. Fengszuje ignorują mnie ostentacyjnie, ale na ich życzliwość zawsze można liczyć, więc nawet się zbytnio nie zdziwiłam. Wręcz ucieszyłam się, że nie musze znosić ich fałszywego zainteresowania. Szitsu czasem, owszem, rzuci fochem, ale tradycyjnie ją olewam, co się będę z idiotką szarpać.
czwartek, 21 maja 2009
Więc teraz szczęścia mam dwa...
Kobyłka u płota można rzec... No cóż, wszelkie znaki na niebie i ziemi, a także dwie kreski na teście, wskazują, że jestem nosicielką małego trolla, który na dobre zagości z nami w okolicach stycznia. :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD Zaskoczona tą sytuacją bardzo nie jestem, bo wcale nie staraliśmy się ze Szczęściem jej uniknąć, a nawet wręcz przeciwnie, tylko tak jakoś nie sądziłam, ze to już. Szczególnie, że sporo planów nasnułam na najbliższy czas. Zapomniałam jednak o pierwszym prawie cioci Jasi – im więcej zaplanujesz, tym większe przeszkody staną ci na drodze:) No cóż, tej przeszkodzie wybaczam:D
|